Max Payne 3 – recenzja

0
147
Rate this post

Na początek kilka wyjaśnień. Zdecydowałem się na tego typu formułę recenzji Max Payne 3, głównie przez fakt pojawienia się w sieci całej masy „zwykłych” tekstów, które za pewne wszystkim są znane. Chcąc pozostać oryginalnym napisałem ją w nieco innym stylu. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.

Dziewięć lat minęło odkąd wziąłem ostatnią pigułkę, przepitą pierwszą lepszą whisky, jaka leżała na stole. Dziewięć pieprzonych lat, których miałem serdecznie dość. Ludzie, otoczenie, krew, krew, krew…Zdawało się, że jedynym przyjacielem jest ten złotawy płyn z wolna wlewający się do gardła. W przerwach między kolejnymi szklankami, ni stąd ni zowąd, pojawił się Passos i sprawił, że moje życie stało się jeszcze trudniejsze niż przypuszczałem. Szczerze mówiąc to sam doprowadziłem do takiej sytuacji.

„Byliśmy razem w Akademii…wyjedźmy do Brazylii…to świetna praca” – byłem kompletnym idiotą, że zgodziłem się na cały ten wyjazd i teraz gdy siedzę tu skulony za ścianą, zastanawiając się czy dostanę kulkę w łeb czy w inną część ciała, dochodzę do wniosku, że może właśnie tak powinno potoczyć się moje życie. Życie pijaka z uzależnieniem od leków przeciwbólowych, który poza rodziną i pracą stracił także szacunek do samego siebie, a teraz walczy w sprawie, którą mógłby już dawno zostawić innym na głowie.

 

Wszystko zaczęło się od przyjazdu do Sao Paulo. Nie cierpiałem tego miejsca od samego początku, podobnie jak ludzi, jakich rzekomo musiałem ochraniać. Bogata rodzina, której wydawało się, że pieniądze kupią im wszystko, mająca więcej wrogów niż ja dawniej. Zdecydowanie wolałem być gliną niż ochroniarzem tej bandy snobów. Pozytywem była oczywiście nieskończona ilość whisky w każdej możliwej kombinacji.

W innych okolicznościach, będąc osobą choćby trochę zainteresowaną tym sztucznym przepychem, mógłbym polubić Sao Paulo. To miasto było istnym snobistycznym rajem dla ludzi z forsą – szybkie samochody, pół-nagie kobiety, których botoks wydawał się być wstrzykiwany również do mózgu, drogie ubrania i święty spokój (przynajmniej pozorny). Przez pracę na naprawdę szybkich obrotach nauczyłem się kilku nowych chwytów, które wymagały ode mnie tego samego refleksu co przed dekadą. Wyskakiwanie z łodzi i prucie do wszystkiego co się rusza, zjeżdżanie po dachu wprost do basenu pełnego wody czy zabawa z C4, przypomniała mi niejednokrotnie, że powoli zaczynam się starzeć. Jak się okazało pracy było dużo, nawet za dużo, Raz po raz w moje ręce wpadały coraz to nowsze pukawki, które nieuważnie pozostawiały osoby próbujące stanąć między mną, a moimi podopiecznymi. Szczególnie przypadła mi do gustu seria karabinków maszynowych z laserowym celnikiem – takiego sprzętu byle gdzie za byle jakie pieniądze się nie kupi. Dawały one nie tylko niezłą siłę uderzenia, ale również niebywałą precyzję. Można by rzec, że tak wielką iż momentami dokładnie było widać lecącą kulę. Nie zapomniałem również, jak się strzela z odskoku w dowolną stronę. Znów miałem wrażenie, że w takich momentach czas zaczyna płynąć wolniej, pozwalając mi na dokładną eliminację wrogów.

 

W Sao Paulo miałem na głowie chyba wszystkie możliwe szumowiny z okolicy, zaczynając od lokalnych gangów rozprzestrzeniających swoje wpływy w Fawelach, kończąc na paramilitarnych grupach, jedynie z pozoru walczących o ład i porządek. Cholerstwa było tyle, że łatwiejszym zdawało się policzenie pszczół w roju. Gdyby nie rozrzucone po okolicy środki przeciwbólowe byłbym już dawno martwy. W końcu doszło do tego, że musiałem zmienić fryzurę, choć „zmienić” jest tu stwierdzeniem zdecydowanie na wyrost. Po prostu zgoliłem się na łyso..nie, nie dlatego, że tak było modnie, po prostu nie miałem wyjścia. Hawajska koszula wyglądała na mnie równie idiotycznie. Moje „wakacje” można określić stwierdzeniem all inclusive – miałem bowiem okazję „zwiedzić” okoliczne lotnisko, opuszczony hotel, kluby, w których muzyka przyprawiała mnie o myśli samobójcze oraz przymusowy przystanek w kanale panamskim. Brakowało jedynie drinka z parasolką.

 

Tak naprawdę nic nie zmieniło się w moim życiu. Osoby, które miałem ochraniać nadal padały wokół mnie jak muchy, a jedyne co mogłem zrobić to bezczynnie się temu przyglądać. Dzięki Bogu Passos jakimś cudem nie dostał kulki w łeb, chociaż miał ku temu co najmniej kilka okazji. Alkohol i dragi sprawiły, że zamiast mieć luki w pamięci, wspomnienia powróciły ze zdwojoną siłą. Doskonale pamiętam dlaczego musiałem uciekać z Nowego Jorku. Pamiętam też, że złożenie kwiatów na grobie mojej rodziny nie było najlepszym pomysłem, jak również późniejsza strzelanina na miejskim cmentarzu, który tego wieczora przyjął w swoje objęcia rekordową liczbę zbirów. Zazwyczaj gdy zdążyłem się otrząsnąć leżałem tuż obok pustej butelki whisky przypominając sobie, jak wiele osób znów zawiodłem.

 

Miałem serdecznie dość Brazylii, ale mój powrót do Stanów byłby pewnym samobójstwem, dlatego też jest mi trochę żal, że wszystko skończyło się zadziwiająco szybko akurat w momencie, w którym zacząłem się rozkręcać. Zdawało się, że każdy był umoczony we wszystkim w tym mieście, a w samym centrum znajdowałem się ja i wszyscy, którzy przez tych kilka miesięcy stali się mi bliscy. To właśnie był ich największy problem – stali się bliscy Max’owi Payne’owi – człowiekowi, którego bliscy dzielą jeden los – śmierć.

Po spędzeniu kilku miesięcy w Sao Paulo zauważyłem, że jest tu co najmniej kilkadziesiąt osób, takich samych jak ja. Ci gdzieniegdzie łączyli się w grupy i walczyli między sobą, co z początku wydawało mi się kompletnym idiotyzmem. Gdy jednak pewnego razu dołączyłem do nich zobaczyłem, że to równie dobry sposób na zabicie czasu, jak szklanka z procentami w środku. Prędzej czy później nawet ja musiałem odpocząć w mieszkaniu, którego nie miałem nawet ochoty urządzać, co niejednokrotnie w irytujący sposób wytknął mi Raul. Z radia raz po raz przygrywała muzyka znana mi jeszcze z New Jersey, idealnie wpasowująca się w beznadzieję, jaka z dnia na dzień wisiała nad moją głową. Szczerze to nawet ją polubiłem, może właśnie za jej mroczny charakter.

Niewiele z mojego popieprzonego życia, a chyba jeszcze bardziej z jego brazylijskiego epizodu zostało mi do opowiedzenia. Zrobiło się cicho…ludzie, z których okrzyków nie zrozumiałem ani słowa, dawno leżeli martwi w kałużach własnej krwi. Zostałem tylko ja i Ty – osoba, której zdecydowałem się wyłożyć całe moje życie na złotej tacy i odpowiednio doprawić. Doprawdy nie wiem czemu to zrobiłem, może dlatego, że po 9 smutnych latach miałem wreszcie okazję przekonać się, że wróciłem lepszy i silniejszy. Czy to jednak oznacza, że moje człowieczeństwo nabiera sensu? Czy to w ogóle konieczne? Myślę, że prawdziwą siłą Max Payne’a, byłego policjanta umoczonego po uszy w najróżniejszym gównie, jest właśnie szorstkość jego egzystencji i właśnie takim zostanie zapamiętany.