Nie będę przedstawiał serii Worms, bo prawie każdy ją doskonale zna. Czy ktoś z Was zastanawiał się jednak jaki jest powód jej legendarności? Prawdopodobnie tak. A odpowiedź wcale nie jest skomplikowana. To widać i słychać, zarówno na ekranie jak i na twarzach grających w multiplayerze graczy. Worms World Party to po prostu wormsy w całej swojej okazałości.

W grze wita nas menu, będące miłą dla oka kompozycją. Wybieramy spośród trybów, które przygotowali dla nas autorzy. Zanim jednak zagramy warto jest stworzyć drużynę. Chociaż nie można powiedzieć, żeby możliwość tworzenia własnej ekipy była czymś niespotykanym, jednak to ważny element tej gry stworzonej głównie z myślą o rozgrywce dla wielu osób. Naszej edycji podlega parę rzeczy jak nazwa całej drużyny i każdego robala z osobna, hymn i flagę drużyny, język podopiecznych, nagrobki poległych i broń specjalna. Hymn wybieramy spośród prawdziwych hymnów państwowych i tworów autorów gry. Podobna sytuacja mam miejsce jeśli chodzi o flagę. Do wyboru głosów można przywiązywać większą lub mniejszą wagę, ale moim zdaniem twórcy o tyle popisali się dając do wyboru tak szeroką gamę przekomicznych opcji, że szkoda rezygnować z tej przyjemności. Nie warto wyliczać, że każdy element tej gry został wykonany z poczuciem humoru. Nie pozbyto się go więc także w kwestii nagrobków, które zajmują miejsce na polu bitwy po pokonanych wormsach. Broń specjalna będzie dostępna dla naszej drużyny w potyczce nawet wtedy gdy bron ta nie znajdzie się w dostępnym arsenale wybranym przed potyczką. Edytować oprócz drużyn możemy także mapy. Jedną z niewielu rzeczy, które pozostają niezmienne jest ponadczasowa, uwielbiana przez graczy na całym świecie, jedyna w sowim rodzaju postać robala. Na stałe wpisała się ona do kart historii gier komputerowych.

Walczymy w takich trybach jak: szybki mecz, multiplayer (na jednym komputerze albo przez sieć), deathmatch czy misja. W każdym z nich sposób gry jest ten sam, zmieniają się jedynie zasady. Misja to- jak sama nazwa wskazuje- nie gra przeciwko innej drużynie (choc bywają i takie), ale wykonanie na mapie określonego zadania (np. przedostanie się z miejsca na miejsce w pewnym dostępie czasu). Deathmatch różni się od zwykłego singla czy multi tym, że walczymy- wraz ze wzrostem rangi naszej drużyny- z przeciwnikami coraz bardziej zaradnymi i licznymi. W klasycznych trybach pojedynku kilka teamów staje w szranki. Zwycięża ten, kto jako ostatni zostaje przy życiu.

Skoro staje w szranki, to rzecz jasna muszą mieć się czym wzajemnie wyniszczać. Arsenał jakim dysponujemy to kolejny popis twórców WWP. Mamy do dyspozycji po kilka rodzajów granatów, broni palnej, białej, rakietowej, bomb, uderzeń bezpośrednich. Na nasze wezwanie stawia się także wsparcie z powietrza. Są one znacznie bardziej nieprzewidywalne niż sugerowałoby to wyliczenie. Żeby oddać choć troche klimat gry wspomnę, że jednymi z ładunków wybuchowych są szalona krowa, staruszka czy banan. Dostajemy od autorów gry także możliwość pokierowania lecącym „upominkiem” dla rywala (jak w przypadku superowcy) czy zdecydować się na samonaprowadzanie (np. gołąb). Przewidziano tu nawet broń biologiczną, jaką jest skunks.

Oprawa audiowizualna to popis Team17 i mimo upływu lat wciąż wydaje się być tak samo idealna jak w chwili premiery. Grafika to oczywiście szalenie klimatyczne i kolorowe 2D wykonane w iście kreskówkowym stylu. Za udźwiękowienie także należy przyznać robalom najwyższą notę. Głosy naszych podopiecznych, odgłosy otoczenia, efekty i podkład muzyczny nie tylko nie pozostawiają nic do życzenia, ale porywają swoim rozmachem.
Podsumowując, Worms World Party oferuje nam wszystko to, co seria ma w sobie najlepszego. Jak pokazują lata nie starzeje się i ani nie ma zamiaru ustąpić miejsca na tronie nowym Wormsom, które nie kuszą już na tyle prostotą rozgrywki, co wydaje się być decydujące w tej kwestii.