Hot Pursuit, czyli jak trzyletnia gra wciąż potrafi wcisnąć w fotel

0
100
Rate this post

Ceny gier na konsole są wysokie, czasem zbyt wysokie – z tak postawioną tezą nie warto dyskutować. W polskich realiach wydanie 250 złotych na nowość zwyczajnie przekracza możliwości przeciętnego użytkownika. Wychodzi zatem na to, że sprzęt na którym możemy te gry odtwarzać jest warty około 4 płyt.

Cóż, coś za coś – Sony ustaliło cenę wciąż panującej PS3 na relatywnie niskim poziomie, by później odbić sobie wszystko z nawiązką, wyciągając kasę z kieszeni konsumenta właśnie przy okazji premier, czy też akcesoriów do grania. Nie ma jednak co narzekać, taki nasz – graczy – los. Niedawno świat obiegła informacja, że Japończycy nigdy nie planowali zablokować używanych gier na nadchodzącą wielkimi krokami nową generację Play Station. Dla wielu ta informacja oznaczała kamień z serca. Również dla mnie, bowiem ostatnio – za niecałe 40 złotych – kupiłem grę, która udowodniła, że dobrych produkcji czas nie tyka.

Fanem samochodówek byłem zawsze. Jeszcze kiedy nie miałem swojej maszyny do grania, często bywałem u kolegi, u którego na dysku zainstalowane były takie hity, jak Tomb Raider (oczywiście ten pierwszy), Fifa i NBA Live oznaczane cyferką 98 oraz Need for Speed. I to właśnie ta ostatnia produkcja była dla mnie największym magnesem. Tym bardziej, trzymając w dłoni używaną płytę z Hot Pursuit z roku 2010, sprawdzając szybko średnią ocen oraz recenzję w najbardziej zaufanym magazynie dla graczy w Polsce zdecydowałem, że sprawdzę, w jakiej formie jest obecnie mój ukochany NFS.

Od premiery gry minęły trzy lata i jako osoba, dla której grafika nie absolutnie wyznacznikiem miodności gry bawiłem się – zdradzę na wstępie – doskonale. Mechanika gry nie zestarzała się ani o jotę, a przypominając sobie recenzje reanimowanego ostatnio Most Wanted (wersja z 2005 roku to w mojej ocenie jedna z lepszych samochodówek-zręcznościówek ever!) miałem na uwadze, że autor często odnosił się właśnie do HP. Zrozumiałem w lot, dlaczego. Zaraz po wejściu w świat gry i uruchomieniu wyścigu wsiąkłem na kilka godzin. Trochę brakowało mi swobody w personalizacji aut (znów do głowy przychodzi mi MW), ale zasadniczo było super. I jak do tej pory szmery-bajery w postaci impulsów EM, czy też kolczatek nie decydowały o ostatecznej ocenie danej gry – ba, starałem się wręcz takich produkcji unikać – to tutaj zostały zaimplementowane w sposób na tyle znakomity, że aż chce się z nich korzystać. Dlatego też z równą radością wcielałem się zarówno w tego złego, jak i dobrego (policjanta).

Najszczęśliwszy byłem jednak mogąc uczestniczyć w zabawie z graczami z całego świata. Do tego konieczne było niestety dokupienie online passa (do gry był  dołączany jednorazowy kod aktywujący zabawę przez sieć, ale nic to!). Producent nie każe nikomu jednak decydować w ciemno i pozwala na kilkudniowy okres próbny. Do meritum jednak – gra porwała mnie i do tej pory w wolnej chwili siadam przed konsolą i szukam przeciwników to ścigania się i rozwalania aut. O klasie gry niech świadczy fakt, że nawet w 3 lata po jej premierze, co w świecie gier konsolowych jest okresem nad wyraz długim, produkcja przyciąga tyle ludzi, że nie ma najmniejszego problemu ze znalezieniem kompanów do zabawy online. Sytuacja jest dla mnie o tyle zaskakująca, że przecież w międzyczasie premierę miał wspomniany nowy Most Wanted, można było zatem zakładać, że większość graczy wyemigruje na serwery MW. Na szczęście tak się nie stało i większość wciąż woli zabawę w policjantów i złodziei.

Nie lubię oceniać gier, tym bardziej nie lubię wystawiać oceny poszczególnym jej częściom składowym. Tym razem jednak złamię jedną z zasad – otóż stwierdzam, że nawet w 3 lata po premierze Hot Pursuit zasługuje na mocne 9 w dziesięciostopniowej skali. Jesteś fanem zręcznościowych samochodówek? NFSa z 2010 roku po prostu nie może zabraknąć w Twojej kolekcji.