Karateka

0
82
Rate this post

– A to jest nunczako… Ale to wyższy poziom wtajemniczenia.
– Poradzę sobie Sensei!
– Zasadniczo nazywamy je…
– Haiiiiaaaa!!!
– …eliminatorem kursantów. Czy na sali jest jakiś lekarz???

Z Karateką bawiłem się…. Cale 30 minut… Potem gra się skończyła. Prawdę mówiąc w ciągu tych trzydziestu minut tytuł w pełni potwierdził, że wyczerpał możliwości w jakie wyposażyła go wyobraźnia autorów…

Przede wszystkim jest to remake gry o tym samym tytule jeszcze z lat 80-tych. Pozycji, jak na tamte czasy, solidnej i bardzo przyzwoicie rozbudowanej, która cieszyła się sporą popularnością i ponadto stawiała poważne wymagania. Nie każdy na podwórku mógł pochwalić się tym, że ją ukończył, ci zaś, którym udała się ta sztuka brylowali podczas zabawy „w czterech pancernych”.

 

Tym większe zdziwienie budzi współczesna wersja tego tytułu. Gra nijaka, nudna, o szczątkowej fabule (choć to akurat w zasadzie norma dla gatunku), bardzo przeciętna graficznie z nieco tylko lepszą warstwą dźwiękową.

Fabuła jest tu prosta. Lord Akumo uwięził wybrankę serca naszego bohatera, wiec ten wyrusza jej na ratunek. Na jego drodze staje pewna (bardzo niewielka) liczba wojowników lorda, którym trzeba wycisnąć mózg stopami przez uszy. Pewną ciekawostką jest tu pomysłowe podejście do kwestii śmierci. Jest ona ostateczna, ale tropem gracza podąża jeszcze dwójka zakochanych w jego wybrance postaci (mnich i brutalny osiłek), którzy wchodzą na arenę w przypadku zgonu poprzednika. Głównie premiowane jest jednak dotarcie do końca pierwszą postacią gdyż tylko w tym wypadku gracz doczeka się szczęśliwego zakończenia.

 

Podstawowym problemem jest nuda. Gra jest niesamowicie liniowa i schematyczna. System walki pozbawiony dynamiki, przypomina bardziej partie szachów niż starcie wręcz, zaś bardzo mała kombinacja możliwych działań (blok, cios ręką, kopniecie, atak specjalny) sprawia nieco prymitywne wrażenie. W grze po prostu brnie się w jedynym słusznym kierunku, za każdym razem napotkawszy przeszkodę, powtarzając te same czynności. Paradoksalnie to dobrze, że tytuł jest bardzo krótki gdyż i tak wieje nudą już na starcie i mało kto by wytrzymał więcej.

Na osłodę gracz otrzyma japońskie krajobrazy, co najwyżej średniej graficznie jakości i całkiem niezłą muzykę w klimacie dalekiego wschodu. W grze szczególnie ważna jest warstwa dźwiękowa gdyż to właśnie ona przekazuje informacje o tym jak zachować się w czasie walki. Standardem powtarzanym w koło jest tu atak po bloku. Natomiast kiedy należy zablokować cios sygnalizuje graczowi muzyka. Nie ma przy tym znaczenia czy będzie to atak ręką czy nogą skutek zawsze jest ten sam. Dodatkowo do dyspozycji mamy atak specjalny, ogłuszający na chwile przeciwnika. Dzięki niemu można wpakować w oponenta całą kombinacje ciosów. Zapewne w zamyśle twórców miało to urozmaicić rozrywkę. Mimo to skutek jest opłakany gdyż działanie to sprawia, że bardzo ciężko jest przegrać walkę. Trzeba przyznać, iż na całej drodze nie spotkałem przeciwnika, który dysponował by adekwatną mocą i był zdolny rzucić graczowi prawdziwe wyzwanie. Jednak prawdziwym szokiem jest cena. 10$ za tytuł oferujący pół godziny zabawy i wyglądający jak gra na telefony to jest jakieś nieporozumienie. Przy odrobinie złej woli bardzo łatwo jest tu postawić zarzut naciągania graczy na wydatki. Bez wątpienia ciężko będzie znaleźć osobę, która nie będzie miała poczucia, iż została oszukana.

 

Karateka to swoistego rodzaju rekord. Pierwszy raz miałem do czynienia z grą, która trwała około 30 minut a równocześnie zdążyła sprawić, że w tym czasie omal nie zaziewałem się na śmierć. Na plus można powiedzieć tylko tyle, że nie miałem żadnych problemów technicznych w kontakcie z tym tytułem. Jednak nie ma tu najmniejszych szans chociażby na cień popularności jaką cieszył się oryginał, całość zaś, nawet oferowana gratis, furory nie zrobi.

Gra, dla jej twórców myślących o stanie własnego konta, adresowana jest do naiwnego klienta. Mam nadzieje, że autorzy pomylą się w rachubach.