Wracamy do naszego zestawienia i poniżej prezentujemy drugą część zestawienia gier (pierwszą znajdziecie tutaj), które w XXI wieku zawiodły graczy – co nie oznacza jednocześnie, że poniżej znajdziecie same kaszanki. Jest tam wiele gier dobrych, czy nawet wybitnych, które jednak miały być czymś innym. Raz jeszcze – miłej lektury! Aha, i pamiętajcie o naszym konkursie, w którym do wygrania są dwie płyty z Gran Turismo 6!

 

Grid 2 – i znów wracamy do studia Codemasters – pierwszy Grid był świetny. Zręcznościowy model jazdy pasował niemal każdemu, a gra wciągała jak mało która. Widać było jednak wyraźnie, że do sequela ktoś się nie przyłożył. Graficznie obie odsłony były niemal identyczne, a i w kwestii samej rozgrywki nie odnotowano żadnej rewolucji, czy nawet ewolucji. Jeśli zatem chcesz sprawdzić Grida, nie wahaj się, tylko kup pierwszą część, a od drugiej trzymaj się z dala.

GTA San Andreas – jak to, ktoś zapyta? Jedna z  najwyżej ocenianych gier w historii znajduje się w tym zestawieniu? Cóż, to wybór nieco przekorny, by pokazać, że nawet Rockstar nie jest nieomylny. Ale przy tym pracownicy tego studia w sposób iście mistrzowski potrafią wyciągać wnioski z popełnionych błędów. Pamiętacie bowiem kwestię rozwoju umiejętności bohatera? Chodzenie na siłownię? Jedzenie hamburgerów? Wreszcie, powiększanie pojemności płuc? Wszystko to irytowało i bardzo dobrze, że nie znalazło się w kolejnych odsłonach serii. Poza tym trzeba zauważyć, że już w dniu premiery San Andreas miało nieco przestarzałą grafikę. Pozostaje grą świetną, ale wśród wszystkich odsłon serii w dniu premiery wzbudzało najwięcej wątpliwości.

Half-Life 2 – znów niełatwe zmierzenie się z legendą. Pierwszy HL to punkt odniesienia dla wielu, wielu shooterów i gra, której tytuł zna każdy szanujący się gracz. Tymczasem kontynuacja była niezwykle problematyczna w kwestii instalacji (pamiętacie larum, jakie podniosło się na wieść, że do zainstalowania gry konieczne jest połączenie z Internetem?), liniowa i na dłuższą metę dość nudna. Co nie zmienia faktu, że gdyby wyszła pod inną nazwą w tym zestawieniu z pewnością by się nie znalazła.

Juiced – czy ktoś obecny na sali pamięta ten tytuł? Nie? Ktokolwiek? Cóż, na fali Szybkich i Wściekłych powstało wiele gier traktujących o nielegalnych wyścigach, a Jucied miało stanowić konkurencję dla niezwykle popularnego Undergrounda. Gra zapowiadała się iście wyśmienicie, niemniej w dniu premiery okazało się, że wielu obiecanych rozwiązań w grze po prostu nie ma (!), model jazdy pozostawia wiele do życzenia i ogólnie rzecz biorąc lepiej pozostać przy NFS…

Matrix Path of Neo – jedna z najmarniejszych prób wyciągnięcia od graczy pieniędzy za samą licencję. Nie wątpimy, że studio Shiny za możliwość wykorzystania nazwy i wizerunku aktorów w grze zapłaciło krocie. Dlaczego jednak zrobiło z tym tak niewiele, pozostaje zagadką do dzisiaj. Gra była fatalna pod każdym względem – oprawa graficzna to katastrofa, podobnie zresztą jak optymalizacja. Sterowanie stało się definicją przeciwieństwa czegoś, co nazywamy ‚intuicyjnością’, a walki były tragicznie chaotyczne. Nie brać nawet za darmo.

Max Payne 3 – pierwszy Max Payne to było coś! Kapitalna historia i bullet time przykrywały fakt, że gra była do bólu liniowa. Już druga część zwiastowała, że formuła mogła się nieco wyczerpać, a na ‚trójkę’ czekano aż do 2012 roku. W zamian gracze otrzymali grę poprawną, ale nijak mającą się do pierwowzoru. Gra znów polegała na parciu przed siebie i unicestwianiu kolejnych fal wrogów, jednak nie bawiło to już tak bardzo, jak przed laty. Mimo że gra była całkiem niezła, to niegodna swojej nazwy.

Medal of Honor: Warfighter – od shooterów nigdy nie wymagało się wciągającej fabuły, ale to, co oglądaliśmy na ekranie w przypadku Warfightera wołało o pomstę do nieba. Do tego fatalna optymalizacja gry, tragiczne – TRAGICZNE – AI, fatalne multi i wszechobecny dubbing to największe grzechy tej gry, ale wcale niewyczerpujące listy. Gra sprawia wrażenie niedokończonej, a gdy spojrzymy na nazwę wydawcy – Electronic Arts – wszystko zaczyna nabierać przewrotnego sensu. Trzymać się z daleka od Warfightera!

Need For Speed: The Run – jak zrujnować całkiem niezły pomysł na grę? Zrobić to, co zrobiło studio EA Black Box – w całkiem przyjemną dla oka grafikę zapakować grę nudną, wtórną i mało wciągającą. Fani serii, po świetnym Hot Pursuit z 2010 roku mieli nadzieję, że kolejne części będą równie dobre. Niestety, to był błąd. W The Run najbardziej zawiódł model jazdy, zresztą inteligencja naszych wirtualnych przeciwników nie była specjalnie wymagająca. Lepiej wrócić do pierwszego Most Wanted czy nawet edycji Porsche z 2000 roku.

Return to Castle Wolfenstein – RTCW wcale nie był grą złą. Grafika w dniu premiery była niezła, ale znów gra rozbiła się o ścianę wyśrubowanych do granic możliwości oczekiwań – ostatecznie była to następczyni legendarnego Wolfensteina 3D. I oprócz grafiki nic w tej grze w zasadzie nie wybijało się ponad przeciętność. Śmieszna fabuła, uproszczona rozgrywka – całe szczęście, że kapitalne Enemy Territory zatarło fatalne wrażenie po RTCW.

Scarface – znacie Tony’ego Montanę? A tekst ‚say hello to my little friend’? No właśnie – wielu graczy marzyło, by stanąć na balkonie z granatnikiem w dłoniach i zrobić to, co zrobił Al Pacino w roli wielkiego dilera narkotyków. Niestety gra okazała się być wielką klapą, jak to bywa w przypadku produkcji na licencji, ale nie przeszkodziło to dystrybutorom reklamować jej jako 8 cudu świata. Fatalna optymalizacja, skomplikowane sterowanie i ogólnie uboga rozgrywka – tak w największym skrócie można skwitować grę.

ShellShock NAM’67 – gry, których fabuła przenosi nas na wojnę w Wietnamie nigdy nie miały łatwego życia – mówiono nawet o swego rodzaju klątwie. Sytuacja miała się odwrócić dzięki tej produkcji właśnie. Zapowiadano, że będzie ona prawdziwa aż do bólu, że ukaże okropieństwa, jakich podczas konfliktu dopuszczały się obie strony. To okazało się tylko marketingowym bajaniem nie mającym wiele wspólnego z rzeczywistością, a problemy w trakcie gry z AI, celowaniem i generalnym oskryptowaniem rozgrywki były gwoździem do trumny tej nieźle zapowiadającej się gry.

Silent Hill 4 – wielu samo pomyślenie o miasteczku Silent Hill wystarczy, by na plecach pojawiły się ciarki. Dwie pierwsze części cyklu do dzisiaj uznawane są za kanon wirtualnego horroru, nie bez przyczyny zresztą. Czwarta odsłona natomiast to gra wciąż niezła, ale nie wytrzymuje porównania z poprzednimi edycjami. Wciąż potrafiła przestraszyć, ale brakowało już tego ciężkiego, wszechobecnego klimatu, poza tym na ekranie było jakoś tak… jasno. Zupełnie nie jak w prawdziwym Silent Hill.

Soldier of Fortune: Payback – pierwszy, a nawet drugi Solider of Fortune szokował naturalizmem i brutalnością. Była to pierwsza gra, w której strzał w dłoń skutkował odpadnięciem dłoni, nie zaś śmiercią przeciwnika. Po raz pierwszy bowiem wirtualne ciała podzielone zostały na sektory, które mogliśmy dowolnie ‚odstrzeliwać’ – samo to jednak nie decydowało o sukcesie tej gry, bowiem była ona po prostu bardzo dobra, a implementacja wspomnianych możliwości tylko pobudzała apetyty graczy. Wydany w 2008 roku Payback to marna kalka tamtej gry, oskryptowana do bólu i tak krwawa, że aż śmieszna. Widać wyraźnie, że komuś brakowało pomysłu na reaktywację serii, więc skupił się nie na tym, co trzeba. Ze szkodą dla tego fantastycznego tytułu.

Splinter Cell Double Agent – SC wybił się jako świetna skradanka – graczom marzyło się, by ukończyć misję bez ani jednego wystrzału, być całkowicie niewidocznym. Dlaczego ktoś zatem zmienił całkowicie oblicze rozgrywki w DA trudno doprawdy dociec – tak jednak się stało ze szkodą dla całej serii. Warto zatem uronić łezkę nad prawdziwym Fisherem i wrócić do Chaos Theory, jeśli ktoś ma ochotę odświeżyć sobie pamięć.

Team Fortress 2 – gra wywołująca skrajne emocje, bez wątpienia jedna z najbardziej dyskusyjnych pozycji w niniejszym rankingu. Za wielkie rozczarowanie tę produkcję uznał jednak sam Gabe Newell, więc coś musi być na rzeczy. Problemem standardowo stały się aspiracje twórców, którym nie byli oni w stanie podołać, a rozbudzone apetyty graczy nie zostały w dniu premiery gry zaspokojone (wziąć pod uwagę przy tym należy bardzo długi czas pracy nad grą). Gra broni się po przejściu na model free to play, a Valve robi wszystko, by gracze o TF2 nie zapomnieli. Klasyczny przykład na to, jak zawieść nadzieje graczy wyciągając jednak z zaistniałej sytuacji maksimum.

Tomb Raider Angel of Darkness – kolejna mało udana próba zmierzenia się z legendarną serią. Na przygodach Lary Croft wychowało się całe pokolenie graczy, nic zatem dziwnego, że dzielna pani archeolog była bohaterką wielu kontynuacji, mniej lub bardziej udanych. Generalnie rzecz biorąc, tak optymistycznymi recenzjami jak pierwsze dwie, w porywach trzy części nie cieszyła się żadna z gier wydanych po 2000 roku pod szyldem TR. Tę tendencję odwróciła dopiero wydana w pierwszym kwartale roku 2013 odświeżona wersja gry, nazwana po prostu Tomb Raider. Mimo wysokich ocen narzekano jednak, że o rewolucji nie ma mowy. Czyli standard.

Tony Hawk: Ride – pierwsze części tej fantastycznej zręcznościówki przyciągały przed ekrany każdego, i każdy z równym zacięciem szlifował swoje umiejętności w wykręcaniu coraz trudniejszych kombosów. Mniej więcej od czwartej edycji do serii wkradła się jednak nutka monotonii, którą próbowano ratować na różne sposoby – jednym z nich zaś był pomysł, by do gry dołączyć kontroler w postaci… deski. Jak bardzo był to nietrafiony pomysł, mogli się przekonać posiadacze konsol, a przy tym sama gra pozostawiała wiele do życzenia… Jeśli ktoś chce się zapoznać z fenomenem tej gry, niech wróci to odsłony opatrzonej numerem 3, a jeśli nie boi się, że grafika go odrzuci od ekranu to nawet do dwójki.

UEFA Euro Poland and Ukraine – w tym miejscu w zasadzie moglibyśmy wpisać dowolną specjalną edycję gier z serii FIFA (oprócz świetnej FIFA World Cup 2002), dedykowaną konkretnej imprezie sportowej. Jednak ze względu na fakt, że w przypadku polsko-ukraińskiego turnieju EA Sports pokpiło sprawę wyjątkowo, to ta gra widnieje tutaj jako reprezentant na ścianie wstydu. Za największy skandal można uznać brak prawdziwych nazwisk w wirtualnym składzie drużyn jednego z gospodarzy turnieju – Ukrainy – a sama gra niczym, absolutnie niczym nie różniła się w kwestii rozgrywki od FIFY 12. Gracze uznali, że to najzwyklejszy w świecie przekręt, a my zapisujemy na konto EA wydanie najdroższego chyba pudełkowego DLC w historii konsol – za grę w Polsce trzeba było zapłacić ponad 200 złotych. Kino!

Warcraft III – głos oddajmy recenzentowi, który w gorące wakacje 2002 roku miał przyjemność recenzować grę na łamach CD Action, a który całość zwieńczył stwierdzeniem, że miała być rewolucja a nie ma, za to gra jest w miarę dobra i wciągająca. Warcraft III nadszedł z wielkim hukiem, ale nic nie zmieni tego, że spóźnił się o jakieś trzy lata. Po raz kolejny mamy zatem do czynienia z próbą osiągnięcia niemożliwego, i znów w roli pokonanego stoi Blizzard. Kolejny świetny przykład na to, że legendy warto zostawić samym sobie, nawet kosztem nieco mniejszych dochodów. Dziś o trójce pamięta już mało kto, natomiast poprzednie części wciąż wymieniane są jako najważniejsze gry w historii.

You are empty – pamiętam, że gdy po raz pierwszy przeczytałem o tej grze, to automatycznie wskoczyła ona na moją listę życzeń, zajmując nań bardzo wysokie miejsce. Produkcja ta rozczarowała na całej linii – a może mając w ręku wczesne efekty swojej pracy programiści z Rosji po prostu dali się ponieść optymizmowi i obiecali graczom złote góry? Trudno doprawdy dociec, niemniej do rąk dostaliśmy produkt do bólu wtórny, z tragicznie banalną fabułą, grę, która wyszła w roku 2007 a poziomem nie odbiegał od niej pierwszy Quake. Ciężki klimat miał być budowany między innymi poprzez oprawę graficzną i muzykę, ale bez bólu zębów dało się obcować tylko z tą drugą. Wielkie, wielkie rozczarowanie i dziś już nikt o YAE nie pamięta. Z czego Digital Spray Studios powinno się cieszyć. Ciekawostką jest jednak fakt, że wydawca musiał sobie zdawać sprawę z tragicznej jakości gry w dniu premiery, bowiem cena została ustalona jak na budżetówkę przystało.