Moment, w którym moja skromna osoba zabrała się do napisania recenzji TES V: Skyrim, był tak nieunikniony, jak, zapowiadany od wieków powrót smoków. Niezwykle trudno zrecenzować tytuł tak rozległy i wielopłaszczyznowy, który, owszem, może i nie jest pozbawiony wad (w tym niestety poważnych), ale sprawia, że gorąco zaczynamy wierzyć w to iż dzisiejsze gry komputerowe potrafią nas jeszcze wciągnąć, tak jak robiły to dawniej. Po niecałych dwóch miesiącach od premiery piątej części The Elder Scrolls oraz kilkudziesięciu godzinach spędzonych przy tym tytule, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że wszelkie zapowiedzi producentów, nie były jedynie suchymi obietnicami.

Zacznijmy może od warstwy fabularnej, bo też ona tworzy naprawdę świetny klimat całości. W najnowszym produkcie Bethesda Studios, po raz kolejny los powiedzie nas do królestwa Tamriel, konkretniej do jego mroźnej, północnej prowincji, zwanej Skyrim(stąd też taki, a nie inny tytuł). Oczywiście pojawiamy się tam w możliwie najgorszym momencie, tu i ówdzie słychać bowiem szepty, mówiące o przebudzeniu się starożytnych bestii, stanowiących poważne zagrożenie dla całego Tamriel. Owe bestie to smoki i pewnie jakaś część z Was pomyśli sobie teraz: „i co w tym takiego dziwnego, w końcu to RPG”. Otóż, do tej pory w serii The Elder Scrolls nie byliśmy w stanie uświadczyć ani jednego przedstawiciela tego, standardowego, jak na uniwersum fantasy gatunku.

 

Co więcej, akcja gry toczy się równo 200 lat po wydarzeniach, znanych nam z poprzedniej części gry pt. Oblivion, a Skyrim stanowi w świecie TES pierwotną kolebkę ludzi, innymi słowy to tam wszystko się zaczęło i dziś (jeśli polegniemy) może się zakończyć. Na domiar złego stabilność polityczna prowincji zostaje zachwiana poprzez konflikt Cesarstwa z tak zwanymi Gromowładnymi, uznawanymi przez wielu za zwykłych barbarzyńców i zepsutych do szpiku kości renegatów. Jak sami widzicie podłoże fabularne prezentuje się naprawdę ciekawie, sprawiając, że podczas grania mamy wrażenie uczestnictwa w czymś naprawdę wielkim, żeby nie powiedzieć epickim.

Bohater, jakiego będziemy prowadzić przez Skyrim to, oczywiście osoba ponadprzeciętna, już na początku gry, choć wtedy zupełnie nic na to nie wskazuje. Poznajemy go gdy, siedząc na furmance, zostaje, wraz z innymi więźniami przewieziony do miasteczka Helgen, stanowiącego jednocześnie twierdzę na pograniczu Skyrim i Cyrodil (prowincji znanej z Obliviona). Tak, więźniami, dobrze przeczytaliście. Panowie i Panie z Bethesdy najprawdopodobniej mają upodobanie do sprowadzenia głównego bohatera do roli skazańca, bowiem również w ten sposób rozpoczynaliśmy rozgrywkę w Oblivionie. Moment faktycznego tworzenia swojej postaci następuje w momencie dojechania na miejsce, po którym, witający nas żołnierz, dokonujący spisu więźniów, pyta skąd pochodzimy i kim naprawdę jesteśmy. Bardzo umiejętnie zostało to wplecione w fabułę całości, nie mniej jednak kreacja postaci jest, delikatnie mówiąc, zbyt prosta. Jedyne co możemy zrobić to zmienić wygląd bohatera, ustawić jego rasę, a ta będzie determinować naszą klasę (mag, wojownik, łotrzyk itd.). Oczywiście popularnych suwaków jest co niemiara, w tym nawet głębokość oczodołów czy rodzaj zarostu – można więc przy tym posiedzieć chwilkę czy dwie. Potem następuje cała rozgrywka, ale przecież nie będę psuł Wam zabawy i opisywał jej akt po akcie, gdyż to byłoby zarówno bezsensowne, jak i po prostu nierealne.

To od nas bowiem zależy co chcemy robić w świecie Skyrim, gdzie pójść, jakie zadanie wykonać, do której frakcji się przyłączyć itd. W zasadzie już na samym początku z czystym sumieniem możemy olać główny wątek fabularny i po prostu zwiedzać naprawdę rozbudowany i zróżnicowany świat północnej prowincji Tamriel. Do zwiedzenia mamy kilka, większych miast-stolic, w tym tak piękne lokacje, jak Markarth czy Samotnia, ale tak naprawdę otrzymujemy do dyspozycji olbrzymią wręcz mapę, którą przyjdzie nam odkrywać po kawałeczku samemu. Sposób, w jaki to zrobimy leży w naszej gestii i nie jest praktycznie niczym ograniczony. Skyrim bowiem to typowy sandbox, w którym poszczególne wydarzenia, następują po sobie tylko i wyłącznie w sposób, w jaki sami zapragniemy. Możliwości natomiast mamy co niemiara. Zadania (te niezwiązane z głównym wątkiem fabularnym) możemy podzielić na kilka rodzajów. Będą to misje, mające na celu odnalezienie danego przedmiotu, czy osoby, zabójstwo, kradzież, spenetrowanie danej lokacji itd. Generalny schemat stanowi więc pewne powtórzenie, nie mniej jednak każda z misji stara się być oryginalna na swój sposób. Świetnym przykładem może być porównanie jednej z pierwszych misji pobocznych, jakie możemy wykonać w Leśnej Puszczy z podobnym zadaniem, możliwym do zaakceptowania w mieście Markart. Nie zagłębiając się w szczegóły, w obu przypadkach chodzi o odzyskanie pewnego przedmiotu, nie mniej jednak droga do osiągnięcia celu jest zupełnie odmienna. To właśnie największa zaleta TES V: Skyrim – otwartość, nie ograniczanie gracza i swoboda w pełnym tego słowa znaczeniu.

 

Nie muszę chyba dodawać, że tak skonstruowany świat jest po prostu olbrzymi i odsłonięcie całej mapy to nie lada zadanie, nawet dla największego zapaleńca gier z gatunku RPG. Przemierzać go będziemy na własnych nogach, nie mniej jednak nic nie stoi na przeszkodzie by zakupić konia w jednej z licznych, podmiejskich stajni i w ten sposób odkrywać kolejne rejony. Tu pojawia się jednak pewien zgrzyt, mianowicie brak możliwości walki, gdy siedzi się na wierzchowcu. Trzeba najpierw z niego zejść, a potem dodatkowo „uzbroić się” (gdy jeździmy konno, mamy schowaną broń), co niekiedy zabiera nam cenne sekundy, w których moglibyśmy oddać znaczący cios. Jeśli potrzebujemy w szybki sposób przedostać się do jednej ze stolic Skyrim, pomocne mogą okazać się furmanki, lub powozy, jak kto chce, jakie również stacjonują przy bramach większych miast. Za drobną opłatą zawiozą nas w wyznaczone przez nas miejsce, ale w ten sposób tereny znajdujące się na drodze (niekiedy naprawdę ciekawe) pozostaną nieodkryte.

 

Wypada zagłębić się nieco w warstwę wizualną gry, bowiem ona jest jednym z głównych czynników, które wpływają na końcową ocenę. Skłamałbym gdybym napisał, że gra jest brzydka, ale również mocno przesadziłbym, nazywając ją genialnie piękną. Owszem piękno lokacji i ich zróżnicowany charakter potrafią sprawić, że w wielu przypadkach czułem się, jak turysta, po prostu zwiedzając nowo odkryte krainy, ale czegoś mi tu brakuje. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby Skyrim napisano na silniku Battlefielda 3, to jego wymagania byłyby niebotyczne, ale kilka elementów aż prosi się o nieco lepsze wykonanie. Znakomity przykład stanowią tu twarze napotkanych postaci, które dopiero po wgraniu jednego z pierwszych modów, jakie powstały (o nazwie bodajże „no more blocky faces”) wyglądają znacznie lepiej niż w oryginale. Tekstury strojów postaci również mogłyby być nieco bardziej wyostrzone i dokładne, ale w tym momencie zaczynam się już nieco czepiać. Z dobrych stron wręcz zauroczyły mnie efekty atmosferyczne, które często, jak przystało na północną prowincję, są związane ze śniegiem. Ten, majestatycznie i powoli unosi się na wietrze, by w innym miejscu „przywalić” śnieżycą, a jeszcze w innym wiać prosto w twarz zarówno graczowi, jak i NPC’om. Przechadzając się po Skyrim w nocy, nie sposób nie zauważyć świetnie wręcz wykonanej zorzy polarnej, jak również ciał niebieskich, takich, jak księżyc czy gwiazdy. Pewnego razu miałem okazję walczyć ze smokiem, w tle właśnie takiej zorzy polarnej i muszę przyznać, że było to naprawdę wizualnie piękne przeżycie.

O ile w przypadku grafiki naprawdę niewielu rzeczy można się przyczepić, tak silnik fizyczny daje niekiedy mocno popalić. Nie uświadczymy tu błędów w stylu przenikających czy dogrywających się tekstur, ale często zdarzy się nam oglądać obrazki, takie jak te:

Sami musicie przyznać, że wygląda to naprawdę tragicznie i niekiedy doprowadza do sytuacji, w której nie jesteśmy w stanie przejść do dalszego etapu rozgrywki. Świetną ilustracją, komicznych nieco błędów z fizyką gry jest znany wszystkim film, gdzie koń, powożący furmankę, na samym początku gry, po prostu zablokował się wewnątrz miasta, nie mogąc dojechać na wyznaczone przez twórców miejsce, a co za tym idzie nie będąc w stanie uruchomić skryptu, odpowiadającego zaś za uruchomienie kolejnych. Duży minus.

Za kolejny można poniekąd uznać system walki, choć w moim przekonaniu jest to kwestia przyzwyczajenia. Przede wszystkim należy stwierdzić, że głównym sposobem prowadzenia rozgrywki w Skyrim jest tryb FPP, stąd wszyscy, przyzwyczajeni do innego, będą nieco bardziej narzekać. Osobiście prowadzę swoją postać w kierunku możliwie jak największego rozwinięcia magii, toteż rzucanie np. kul ognistych na odległość nie tylko wygląda bardzo ładnie, ale i jest efektywne. Co więcej możemy to robić jedną ręką, lub oburącz, albo też rzucać różnymi zaklęciami z obu dłoni. Zwolennicy nieco mniej wyszukanych metod będą wniebowzięci możliwością używania dwóch broni naraz i tutaj pojawia się pewien problem. Raz rozpoczęta animacja uderzenia musi zostać dokończona by wyprowadzić następną. Ciężko więc walczyć w zwarciu non stop, nie otrzymując obrażeń. Często też walka stawała się po prostu łatwiejsza przez, wspomniane wyżej problemy techniczne, dzięki którym nasz przeciwnik po prostu zablokował się w danej lokacji.

 

Bardzo dobrym elementem jest muzyka i cała warstwa audio Skyrim. Trudno zresztą oczekiwać czegoś innego, kiedy do pracy nad ścieżką dźwiękową zatrudnia się taką sławę, jak Jeremy Soule, który wykonywał już utwory do poprzednich części The Elder Scrolls, obu pierwszych części Dungeon Siege oraz kilku filmów o Harrym Potterze. Główny motyw muzyczny jest tak piękny, że sam niejednokrotnie złapałem się na tym iż go po prostu nucę. Zresztą na przestrzeni ostatnich miesięcy powstała olbrzymia wręcz ilość roverów tego utworu, m.in. ta:

Do polskich lokalizacji gier podchodzę, jak do jeża toteż gdy dowiedziałem się, że takowa w przypadku Skyrima powstanie, byłem sceptykiem. Kilka godzin później przeczytałem oficjalną informację z nazwiskami osób, zatrudnionych przy tym przedsięwzięciu: Henryk Talar, Krzysztof Kowalewski, Wiktor Zborowski i Piotr Fronczewski i przyznaję, szczęka mi nieco opadła i pozostała na podłodze po obejrzeniu filmu, będącego swojego rodzaju podglądem w momencie nagrywania ich kwestii. Po przejściu gry (choć o faktycznym jej przejściu powiem nieco później) mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że tak dobrego dubbingu już dawno nie miałem okazji słuchać. Mogę przyczepić się kilku drobnych elementów, w stylu komicznego wręcz głosu głównej postaci podczas machania mieczami, czy zdecydowanie zbyt głośno nagranego efektu ciężkiego oddechu po biegu, ale to naprawdę detale.

Kilka słów o drzewkach umiejętności, bowiem te również robią wrażenie. Za każdym razem gdy awansujemy na wyższy poziom, musimy wpierw zaznaczyć czy chcemy zwiększyć wartość naszego zdrowia, magii czy kondycji, a dopiero potem nauczyć się danej umiejętności. Te, skonstruowane są na zasadzie konstelacji gwiezdnych, w których każda gwiazda to jeden perk. W ten sposób konstelacja magii zniszczenia ma w sobie „gwiazdy” odpowiedzialne za lepsze czary związane z ogniem, lodem, rzucanie oburącz itd. Oczywiście w zależności od tego, jak zechcemy rozwijać perki, tak później jedne będą dla nas dostępne, a inne nie. Kombinacji jest co niemiara i możemy stworzyć naszej postaci naprawdę fajny zestaw umiejętności, które przydadzą się w prowadzeniu rozgrywki.

Skyrim to sandbox dla jednego gracza, toteż nie uświadczymy tu trybu multiplayer, choć w momencie, w którym piszę te słowa, fani serii już kombinują nad, specjalnie przygotowanym w tym celu modem, nie mniej jednak prace są jeszcze w powijakach. Samo przejście gry to naprawdę nie lada wyzwanie, bo za taki proceder uznamy ukończenie jej na 100 procent, tj. zamykając główny wątek fabularny, jak również wykonując z powodzeniem wszystkie misje poboczne. Jeśli komuś się udało – serdeczne gratulacje.

Cóż można napisać, co jeszcze nie zostało powiedziane. Skyrim jest grą absolutnie epicką i każdy kto podważa jej epickość powinien naprawdę przeanalizować swój pogląd. Gra posiada swoje błędy, co więcej jest ich naprawdę sporo, ale uwierzcie mi – ani trochę nie umniejszają one oceny całości. Gra jest bowiem naprawdę rozbudowana i to w tym dobrym, nieco zapomnianym już stylu. Ponadto potrafi wciągnąć na długie godziny, nawet po ukończeniu fabuły, a to już naprawdę wielki pozytyw. Cóż rzec więcej, jeśli nie mieliście okazji zapoznać się z północnym Tamriel, zwanym dalej Skyrim to powinniście czym prędzej nadrobić zaległości, nawet jeśli nie jesteście fanami tego typu gier. Bethesda Softworks wykonała bowiem masę świetnej roboty, którą szanujący się gracz powinien po prostu docenić. Dałbym tej grze maksymalną notę, ale za liczne błędy techniczne zabiorę nieco punktów, ostatecznie oceniając Skyrim na 9.8, a ta mówi sama za siebie.