Recenzja Pro Evolution Soccer 2009

0
99
Rate this post

Znana już seria symulatorów piłkarskich doczekała się swojej kolejnej odsłony. Jest to najlepsza symulacja piłki do tej pory na PC, ale na konsole niestety już tak nie błyszczy, a konkurencja bije ją na głowę.

„Kilka” błędów

Gra niestety nie jest taką na jaką czekałem. Zawiodła mnie szczególnie po wielu pozytywnych zapowiedziach. W każdej było bardzo dużo o wspaniałej grafice, o dodaniu wielu nowych animacji do gry. Jednak coś się popsuło i nie wyszło tak jak by gracz chciał. Grafika oczywiście ładna tylko strasznie cukierkowa. Dodatkowe animacje również są, piłkarze wykonują zwody, różnymi sposobami przyjmują piłkę tyle, że gra jest strasznie wolna. Wcześniej wymienione wady da się jeszcze przeżyć, ale najgorszą z nich jest zdecydowanie… podania piłkarzy. Ekipa Konami przeszła samą siebie, zawodnicy podają bardzo niecelnie i nie mogą znaleźć odpowiedniej siły podania. Przecież podania powinny być tak dopracowane, aby pomagały w meczu, a nie wręcz przeciwnie. Zawodnicy momentami nie potrafią podać do kolegi z drużyny nawet gdy ten stoi dziesięć metrów od niego.

 

Błędów jest oczywiście sporo, ale kolejnym nie do zniesienia jest sędzia. Może to trochę nie zrozumiała wypowiedź, więc już wyjaśniam. Sędzia nawet za najdrobniejsze przewinienie potrafi „wcisnąć” czerwoną kartkę, nie mówiąc już o żółtej. Chociaż trzeba przyznać, że jest tak samo surowy dla obu stron. Zauważyłem również, że jak to było w przypadku PES 2006 byłem w stanie wychwycić niemal każdy spalony, rzut wolny, czy chociaż by dla kogo jest wyrzut z autu po ostrym spięciu, tutaj natomiast już tak tego nie wychwytuję. Podaję na dojście do zawodnika ten wbiega w pole karne strzela, a sędzia podnosi rękę i krzyczy spalony, po moim cudowny rajdzie już się cieszę z gola, a tu pach. Spalone powinny być wychwytywane trochę szybciej. Za to z faulami jest zupełnie odwrotnie. Nawet najmniejsze przewinienie musi skończyć się rzutem wolnym, ponieważ w grze nie ma możliwości przywileja korzyści co czasami potrafi strasznie dobić.

Teraz oderwiemy się od narzekania i przeniesiemy się w krainę miłych słow. Poziomów trudności jest w grze pięć, które zresztą zostały zrealizowane bardzo dobrze. Każdy znajdzie poziom dla siebie. Jest najłatwiejszy na którym wyniki dochodzą nawet do 10 : 0 dla naszej drużyny, natomiast na najtrudniejszym jeżeli zremisujemy 0: 0 powinniśmy się cieszyć. Ja osobiście preferuję poziom średnim. Wygrywam każdy mecz kończąc wynikiem 2 : 0, jednak nie są to zdobyte gole po rajdzie obrońcą i zakończonym strzałem pod bramkarzem, lecz wręcz przeciwnie, trzeba się strasznie napracować, aby strzelić gola. Dostanie się pod pole karne również wymaga nie lada pracy. Samotny rajd to nie jest dobry pomysł. Grać podaniami również odpada, ponieważ zawodnicy z drużyny przeciwnej wbiegną w pole karne, a wtedy trudno o celny strzał. Jedyną opcją jest podanie na ostatnią linię i mieć nadzieje, że nasz napastnik dobiegnie jako pierwszy do piłki i odda strzelny strzał, chociaż gdy mamy na plecach przeciwnych obrońców również bardzo trudno o dobry strzał gdyż najczęściej zawodnik strzelający przestrzela bramkę. Na ratunek (w pewnym stopniu) przychodzą nam jednak zwrotni zawodnicy którymi nagle możemy zmienić kierunek biegu, a wtedy mamy czyste pole do strzału. I gdy już wygramy mecz na poziomie Top Player cieszymy się z tego jak zawodnicy po zdobyciu Pucharu Champions League.

Całkiem niezła nowość

Tryb Become a Legend jest to coś w stylu Be a Pro (tryb gry z Fify), a jednak między nimi jest ogromna przepaść. W Fifie koledzy z drużyny robili wszystko, abyśmy dostali piłkę na czyste pole i mógli strzelić kolejnego gola. W Pro Evo już tak nie jest. Grę zaczynamy od zero, mecze jakie rozgrywamy na początku, są to jedynie mecze treningowe i niestety trwają one około dwóch sezonów. Następnie trener postanawia posadzić nas na ławce, jednak dalej nie bierzemy udziału w meczu. W końcu wchodzimy w drugiej połowie spotkania do gry. W tym momencie musimy wykorzystać jak najbardziej czas jaki nam dano i spróbować zdobyć asystę lub nawet gola. W taki sposób możemy zabłysnąć w meczu i dostać się do pierwszego składu. Może i brzmi to nudnie, ale po takiej walce jest ogromna radość, że dostaliśmy się po ciężkiej pracy do pierwszego składu i wchodzimy od pierwszych minut meczu. Najfajniejsze w tym wszystkim jest fakt iż stworzoną postacią możemy grać w sieci (maks. 4 osoby) gdzie każdy nasz ruch jest oceniany, liczone są sekundy spędzone przy piłce i wiele innych.

„We Are The Champions”

Kolejną nowością jest Liga Mistrzów. Pro Evo jako jedyna gra dostała prawa do tych rozgrywek kilka tygodni przed oddaniem płyt do tłoczni. Niestety to widać w grze, że ta opcja była robiona w pośpiechu. Wszystko jest w porządku jeżeli chodzi o oprawę przed meczem (filmiki, hymn i takie tam), a w meczu jest już gorzej. Większość z was pewnie oglądała mecz LM i wie jak się zaczyna. Na środku boiska stoją ludzie trzymający czarno-białą piłkę która powiewa, w PESie tego efektu nie widać. Można by nie zwrócić na to uwagi gdyby nie fakt, że każda inna flaga powiewa na wietrze.

 

Jak zwykle najlepsze…

Multi i to nie ten przez neta (i ten zasługuje na uwagę), ale przede wszystkim ten przy jednym komputerze. Granie z kimś na żywo to czysta radość i dopiero wtedy wychodzą prawdziwe emocje z gracza, a przy większym gronie znajomych można zorganizować również malutki turniej.

Jeżeli chodzi o oprawę dźwiękową w menu nie jest tak źle, piosenki które tam lecą wpadają w ucho i czasem nawet miło ich posłuchać. Jeżeli chodzi o mecze twórcy zrezygnowali z polskich komentarzy. Po mimo iż komentator mówi w obcym języku jego kwestie są bardzo łatwe do zapamiętania i po kilku dniach gry będziemy kończyć je za komentatora.

Podsumowanko

Pro Evolution Soccer 2009 to na pewno obowiązkowa pozycja dla fanów, niestety tylko na PC. Po mimo tych wszystkich błędów, a szczególnie tragicznych podań, jest to najlepszy symulator piłkarski. Być może w kolejnej odsłonie zostaną te błędy usunięte. Dla tych którzy kochają Fifę może doskwierać fakt, że jest bardzo mało oryginalnych drużyn o ligach już nie wspominając, ale czy liczy się to, że gramy London FC czy Chelsea, tutaj chodzi tylko o frajdę. Na razie trzeba się cieszyć tym co mamy.